28 maj 2012

Walking around Singapore.


Drugiego dnia wstałam wcześnie i opuściłam hostel po godzinie 9.

Najpierw poszłam kupić trochę dolarów singapurskich. Przelicznik jest podobno do amerykańskiego, 1 dollar to 2,70zł.

W drodze z kantoru mijałam Toast Box, więc ustawiłam się w kolejce, żeby spróbować kaya toast.
 Kaya, to kokosowy dżem, przyrządzany z mleka kokosowego, jajek, cukru i liści pandanu, nadającego zielony kolor. Ten dżem nie zawierał ostatniego składnika, stąd pomarańczowy kolor. Razem z rozstapiającym się masłem smakowało świetnie.
Tosty podawane z kawą to popularna przekąska/śniadanie podpatrzone u Brytyjczyków jeszcze w czasach, kiedy Malezja i Singapur były ich kolonią.

Wróciłam do hostelu po aparat i rozpoczęłam prawdziwe zwiedzanie;).
Spacer po pobliskiej dzielnicy Kampong Glam, zwanej czasami "Muslim Quarter", ze względu na to, że w przeszłości licznie zamieszkiwali ją mułzumanie z Malezji i Indonezji.

Niedługo potem znalazłam się na Haji Lane, modnej, niewielkiej ulicy z butikami młodych projektantów, lokalnych marek i fajnymi sklepikami.
Sklepy otwierano w soboty o 12, a że byłam tam wcześniej, to niestety większość miejsc podziwiałam zza szyby. Sklep rowerowy Tokyo Bike, z dedykacją dla Joanny J. ;).
W sklepie po lewej najbardziej spodobała mi się tapeta we flamingi! A po prawej jeszcze więcej świetnych rowerów.
Gosia poleciła mi odwiedzenie sklepu Zhai, która produkuje ubrania z bambusa. Kupiłam tam sukienkę.
Później poszłam na autobus i pojechałam w okolice Chinatown. Rozkład jazdy autobusów był najprzyjemniejszym, jaki w życiu widziałam. Wszystko rozrysowane tak, że największy idiota by zrozumiał. Były nawet obrazki charakterystycznych miejsc znajdujących się na trasie danej linii.
W wielu miejscach sprzedawano bakkwe (zwaną też rougan). To suszone mięso, przyrządzane według starej chińskiej techniki, przypominające amerykańskie beef jerky. Ceny były dość wysokie, więc się nie skusiłam, ale kolega z Malezji poczęstował mnie tym kiedyś w akademiku. Smaczna przekąska.
W Chinatown (jak to zazwyczaj) było po części bardzo turystycznie, ale trafiłam też na kilka interesujących miejsc.
Starzy mężczyźni grający w szachy przypomnieli mi ludzi z Columbus Park w nowojorskim Chinatown.
Od tego miejsca zmieniłam chronologiczną kolejność, ale postanowiłam ostatniego posta poświęcić stronie kulinarnej Singapuru, więc teraz ominiemy jedno miejsce i udamy się do świątyni Zęba Buddy.
Świątynia wyglądała pięknie i możnaby pomyśleć, że stoi tam od bardzo dawna, ale tak naprawdę liczy dopiero 10 lat.
Na stoisku z indonezyjskimi słodyczami kupiłam rodzicom na spróbowanie mieszankę kilku specjałów.
Część drogi powrotnej przeszłam na pieszo, ale zaczęło padać i podjechałam kawałek autobusem.

 Clarke Quay w przeszłości było centralnym punktem handlowym, ze względu na położenie nad rzeką. Na początku XXI wieku budynki zostały odrestaurowane i dzisiaj jest to centrum rozrywki z restauracjami i klubami nocnymi. Hooters w Singapurze? Nie dziękuję, nie spodobało mi się tam. 

Mam wrażenie, że to hasło narodowe Singapuru;). Rzeczywiście centra handlowe widać tam na każdym kroku, wychodząc z jednego, można wejść do drugiego i przechodząc kolejnymi można w końcu dojść do domu haha.
Na ulicach widziałam dużo świetnie ubranych kobiet, a Singapur z penością jest zakupową mekką, jeśli tylko ma się wypchany portfel.
Planowałam odwiedzić słynną Orchard Road, byłam już nawet blisko, aż stwierdziłam, że nie ma sensu. Padało, zmęczyłam się całodziennym chodzeniem, miałam ograniczony czas i przede wszystkim nie mogłam sobie pozwolić na zakupy. Przełożyłam więc wizytę na następny raz;).

 Zamiast tego weszłam do pobliskiego centrum handlowego, żeby w supermarkecie poszukać masy nonya kaya. Szkoda, że słoik był tak ciężki, bo najchętniej kupiłabym kilka. Sama zabrałam trochę masy do Anglii (trzymam końcówkę na czarną godzinę), a resztę rodzice zabrali do domu. Pyszne, zwłaszcza z pandanem!

26 maj 2012

Singapore by night.

Singapur wzbudził we mnie dużo emocji. Po przekroczeniu granicy malezyjsko- singapurskiej zaczęłam uważnie obserwować zmieniające się obrazy za oknem, a w mojej głowie pojawiło się mnóstwo myśli. Nagle w środku Azji, poczułam się jakbym wieżdżała do jakiejś zachodniej metropolii. Porządek od razu rzucił mi się w oczy, ilość bloków mieszkalnych, wieżowców też. To drugie, po Monako, najgęściej zaludnione państwo, chociaż wieczorne pustki na ulicach tego nie sugerowały. Było około godziny 22, ale mijany osiedlowy kort tenisowy pękał w szwach. Pomyślałam, że ludzie dbają o kondycję o tak późnej porze, bo dopiero wrócili z pracy, w której Singapurczycy spędzją wyjątkowo dużo czasu.
Różne opinie słyszałam na temat Singapuru, jednych zachwyca, drugich wręcz przeciwnie. Nic dziwnego, że budzi skrajne emocje, dużo w nim kontastów. Jedno z najszybciej rozwijających się państw, o bardzo liberalnej gospodarce, a jednocześnie  pełna kontrola mediów przez rząd i brak poszanowania dla wolności słowa. Słynne już zakazy i kary pieniężne za sprzedawanie/ żucie gumy (żeby nie oblepiać chodników), plucie, nie spłukiwanie publicznych toalet i wiele innych. Ponadto nadal obecna jest kara chłosty, a Singapur prowadzi na świecie pod względem najwyższej liczby wyroków śmierci w przeliczeniu na ilość mieszkańców. W zamian jest czysto, spokojnie i bezpiecznie, a dopóki towarzyczyć temu będzie również wzrost gospodarczy, ludzie nie będą narzekać nawet na brak wolności słowa, bo tutaj bardziej liczą się pieniądze.  

Przystanek na którym wysiadłam znajdował się ok 20min spacerem od hostelu. Będąc jeszcze w Melace zrobiłam telefonem zdjęcie mapy online i bez problemu trafiłam na miejsce.
Po zostawieniu rzeczy poszłam na spacer. Było późno, ja zmęczona po intensywnym dniu, ale i tak skończyłam na przejściu kilku kilometrów.
Pamiętacie jak pisałam o zupie z jaskółczego gniazda? Mijałam kolejną restaurację (po lewej), która specjalizowała się w tym daniu.
Toast Box to śniadaniowa sieciówka, mająca przypominać kawiarenki z lat 60tych serwujące kawę i tosty. Wybrałam się tam na drugi dzień na pierwsze śniadanie.
Ponieważ była to piątkowa noc, w ścisłym centrum nie brakowało ludzi. Zauważyłam dużą liczbę niemieckich turystów, zwłaszcza tych starszych i bogatych.
Dzieciaki na longboardach? Gdzie my jesteśmy, w LA? Szerokość dróg też mi to sugerowała;).
Mijałam ekskluzywne hotele i restauracje i po raz pierwszy od trzech tygodni znowu poczułam się biedakiem, który co najwyżej może podziwiać wystawy w sklepach;). Na Filipinach, Tajlandii, w Malezji było na odwrót i w ogóle o tym nie myślałam, a w Singapurze znowu dopadło mnie to znajome z mojego świata uczucie haha.
Syf w parku, typowy dla tego miasta. Żartuję oczywiście.
Marina Bay ze słynnym hotelem Sands Skypark za 6mld dolarów, który funkcjonuje dopiero od dwóch lat. Trzy hotelowe wieżowce z najdroższym kasynem i dachem w kształcie statku, gdzie znajduje się 150m fantastyczny basen, najwyżej położony na świecie (55 piętro) tej wielkości basen.
Marina Centre.
Przydałoby się następnym razem oddzielić 'małą sumkę i zatrzymać w tym hotelu chociaż na jedną noc. Popływanie w ich basenie kusi mnie, odkąd natrafiłam kiedyś w internecie na zdjęcie stamtąd;).
Fontanna widoczna na zdjęciu, merlion, to połączenie głowy lwa z ciałem ryby, a zarazem symbol Singapuru. Ryba nawiązuje do rybackiej przeszłości miasta, a lwia głowa odzwierciedla znaczenie słowa Singapur- miasto lwa.  

 
Dzięki Wam gromadzę coraz więcej głosów, jestem na drugim miejscu, ale nadal dzieli mnie 30 punktów od pozycji lidera. Mam nadzieję, że to się wkrótce zmieni:).

24 maj 2012

Hainanese Chicken Rice and my last day in Malaysia.

Na samym początku muszę podziekować Wam za odzew odnośnie mojej podróży do Namibii. Łącznie z Facebookiem napisaliście prawie 200 komentarzy z gratulacjami, nie ukrywając jak bardzo się cieszycie moim wyjazdem. To niesamowite! Czytałam wszystko z szerokim uśmiechem na twarzy i niedowierzaniem jacy serdecznie jesteście. Ani jednego negatywnego komentarza! W ogóle ostatnio chyba wyjątkowo nikomu nie podpadam, bo już dawno nie przeczytałam pod postem, że jestem brzydka, gruba i głupia, oby tak dalej haha.
Najlepsze, że pod takimi postami zawsze pojawia się komentarz od kogoś, kto czyta tego bloga od kilku lat, a nigdy wcześniej nie skomentował żadnego posta. Jestem ciekawa ile takich osób jeszcze pozostało... Nie czujcie się jednak zobowiązani do ujawnienia w tym momencie, możecie jeszcze poczekać parę lat;).

Drugi dzień w Melace wiązał się ze sporym problemem- jak w krótkim czasie zjeść jak najwięcej i przy okazji nie pęknąć? Miałam do spróbowania i odwiedzenia kilka miejsc, które polecił mi Celvin i musiałam zmieścić to wszystko w żołądku w ciągu kilku godzin. Poniższe zdjęcia pokazują, że faktycznie pochłonęłam niezłe ilości jedzenia, ale co jest najzabawniejsze? Kiedy wydawało mi się, że przytycie podczas tej podróży jest nieuniknione, po powrocie okazało się, że schudłam! Przemilczę fakt, że w Anglii jem połowę lub 1/3 tego, co jadłam w Azji, ale cóż, najwyraźniej podróżowanie sprzyja utrzymaniu dobrej figury i to jest najlepszy powód dlaczego powinnam być w niej nieprzerwanie!

A teraz o Hainanese Chicken Rice, daniu zasługującym nawet na osobnego posta.
Obojętnie jak nudno wygląda to, co zobaczycie na pierwszym zdjęciu, zapewniam Was, że smak tego dania daleki jest od nijakości. Kurczak gotowany w bulionie oraz ryż gotowany w podobny sposób, uformowany w kulki- rice balls. Częściej jednak spotkacie się z mięsem rozłożonym na porcji ryżu.
 Chicken rice dotarł do Malezji i Singapuru z Chin, dzięki osadnikom z prowincji Hainan i na dobre zadomowiło się w tradycyjnej kuchni obu państw.
Teraz zastanawiacie się pewnie jak dobre może to być, skoro próbowaliście zarówno gotowanego kurczaka jak i ryżu i zdecydowanie nie było to najlepsze, co jedliście w swoim życiu. Jeżeli powiedzenie "nie oceniaj książki po okładce" jest prawdziwe, to w tym momencie nie mogę znaleźć trafniejszego.
Wszystko sprowadza się do przepisu, metody gotowania i chociaż nie jest to tak naprawdę nic wymyślnego, wiem, że gdybym spróbowała zrobić to danie w domu, nie ma szans, że wyszłoby podobnie. Ryż jest przyjemnie klejący, chociaż nie chodzi o odmianę- sticky rice, bo  w przepisie używa się ryżu jaśminowego. Kurczaka serwuje się często ze świeżym ogórkiem, a do tego wszystkiego podaje się sos chili. Jego ostry smak idealnie współgra z łagodną resztą.
Pamiętam jak o chicken rice opowiadał mi kolega w NYC i chociaż podkreślał, że danie wygląda banalnie, w smaku jest zupełnie inne. Wierzyłam mu, ale mając świadomość, że mimo wszystko jest to gotowany kurczak z ryżem, nie wyobrażałam sobie za wiele i stąd chyba szok, który przeżyłam przy pierwszym kęsie. Dodatkowe znaczenie może mieć też to, że jadłam w Kedai Kopi Chung Wah, miejscu, przed którym w weekendy zazwyczaj ustawiają się kolejki, a przychodząc tam o 14, można być odesłanym z kwitkiem, bo wraz ze sprzedaniem ostatniej porcji kurczaka, lokal zostaje zamknięty.
Co za szczęście, że wybrałam się tam z rana!

Danie świetnie nadaje się na śniadanie, jest pożywne i łagodne (pomijając ostry sos).

Restaurację łatwo znaleźć, bo znajduje się przy głównej ulicy starego miasta.
Świetnie spacerowało się uliczkami starego miasta, chociaż jeszcze lepiej byłoby, gdyby ruch dla samochodów został tam całkowicie zamknięty.

Moim drugim śniadaniem było roti canai, po nasi lemak chyba najpopularniejsze malezyjskie śniadanie. To pochodzący z południowych Indii rodzaj naleśnika/placka, który robi się z mąki, jajek, tłuszczu i wody, później ugniata i rozciąga ciasto, aż będzie półprzezroczyste. Następnie składa się je i smaży. 
Niekoniecznie w Indiach, za to w Malezji można spotkać się z roti z dodatkami jak np. jajka, ser, kurczak, wariacje na słodko i wiele innych.
Roti canai serwuje się zazwyczaj z sosem curry, w którym macza się placek. Danie kosztowało ok 1,50zł i całe szczęście, że była to niewielka porcja, bo miałam więcej miejsca w brzuchu na kolejne pyszności.
Po małym spacerze postanowiłam znowu spróbować cendol, tym razem z syropem z duriana. Nie jadłam tego owoca w Azji, ale syrop mógł w pewnym sensie podpowiedzieć mi, czy może jednak jestem w stanie polubić duriana.
Część bez syropu była mimo wszystko najlepsza. Chociaż to zaledwie syrop i w smaku nie był tak straszny jak owoc, to i tak pamiętam, że jak na złość odbijał mi się do końca dnia;).
Trafiłam też na mini eklreki nadziewane kremem z duriana, ale akurat skończyła mi się gotówka i musiałam wrócić do hostelu, żeby móc kupić cokolwiek.
Plac Holenderski za dnia.
Celvin polecił mi zajrzeć także do Donald and Lily's Corner. Ciężko było znaleźć tą restaurację, ale z pomocą miejscowych udało się. Zamówiłam laksę, żeby porównać z tą, którą jadłam w Cameron Highlands. Była równie pyszna, a może nawet jeszcze lepsza, bo bardziej kremowa.
Ponadto zamówiłam mee, danie z nudlami i było w porządku, chociaż zupa smakowała mi bardziej.
Melaka zdecydowanie pozostanie w mojej głowie jako miasto z fantastycznym jedzeniem.

Kolejny post będzie już z Singapuru, a teraz poproszę o głos w poniższym konkursie:).